Menu

Na regale

szkice i notatki, spiski i zapiski z przeczytanych książek. Głównie z polskiej prozy XX i XXI w.

Dziwne dzieje Bartka A.

hichal23

- O Jezu...

- Co chciałeś ode mnie człowieku? - zapytał Bartka Chrystus, stojąc w jego pokoju przy biurku pod oknem.

- O kurwa, ale co to? - zdumiony Bartek nie wiedział co powiedzieć

- Jak to, co? Wołałeś mnie, to jestem

- Matko moja, ale jak to? - chłopak nadal nie był w stanie przyjść do siebie. Podszedł do Jezusa by mu się lepiej przyjrzeć, gdy staną twarzą do okna poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Odwrócił się i zobaczył, że przed nim stoi jego matka. W tej samej chwili dostał siarczysty cios w policzek.

- Będziesz mnie gówniarzu wzywał, kiedy ci się zachce. Co ty sobie myślisz? że co ja jestem? tylko na twoje żądania. Mam zawołać wujka Mariusza, żeby ci przemówił do rozumu?

- Tylko nie wujek Mariusz – Błagał Bartek. Nawet nie zauważył, że Chrystus się gdzieś rozpłynął – wszystko tylko nie ten zbok Mariusz. Boże, co tu się dzieje? - pomyślał chłopak.

- Oto Jestem Ten, który Jestem – i otwarły się niebiosa, i uderzył piorun w blok, w którym mieszkali Bartek i Bożena, a na ich mieszkanie spadła plaga much.

- Kurwa, co to ma być? Skąd te muchy – darła się Bożena, a Bartek otwierał okno aby wypuścić owady, ale zamiast tego liczba much się tylko podwoiła. Syn pomyślał, że już lepszy byłby wujek Mariusz. Wujek pedofil, hetero- i homoseksualista, który w przeszłości nie raz po pijanemu zgwałcił Bartka.

Bo trzeba zaznaczyć, że jego rodzina była z tych patologicznych. Rodzice lubili wypić. Ojciec się zapił, a potem matka zmieniała facetów co kilka tygodni, aż znalazła Mariusza, któremu, bardziej niż ona, podobał się jej syn.

Grom ucichł, a w pokoju było czarno od much. Tak ciemno, że Bartek nie widział matki, choć stała od niego oddalona nie dalej niż o krok.

Gdy przejaśniało chłopak znalazł się na wolnej przestrzeni. Zastanawiał się gdzie jest. Bo na pewno nie był to Kalisz. Ruszył piaskową ulicą. Przeszedł kilka metrów, gdy z prawej strony usłyszał jakieś głosy. Skierował się w tamtą stronę i za pierwszym domem ujrzał dwóch, kopulujących ze sobą mężczyzn. Jednym z nich był Mariusz, a drugim ojciec Bartka. Obok nich leżały ich ubrania. Jakieś dziwne, jakby firanki albo suknie.

Mężczyźni nie zwrócili na niego uwagi, więc on też się do nich nie odezwał i poszedł dalej. Za kolejnym rogiem trzy różnopłciowe pary miały orgię w ogrodzie.

- Kurwa, gdzie ja jestem? - zapytał Bartek sam siebie. W odpowiedzi stanął obok niego jakiś dziwny przezroczysty koleś.

- W Sodomie i Gomorze jesteś.

- Gdzie kurwa?

- W biblijnym mieście kurestwa i sodomizmu, które za chwilę zostanie zniszczone przez Boga – Przezroczysty przepadł, a ziemia zaczęła się trząść. Bartek zaczął uciekać. Biegł co sił, ale drogi mu nie ubywało. Obok zaczęły trzaskać gromy, domy poczęły się walić. Chłopak potknął się i upadł.

Gdy wstał, ruszył dalej.

- Stój! Bo cię zastrzelę. Allah Akbar! albo walczysz po stronie Państwa Islamskiego albo cię zastrzelę. Przekroczyłeś granicę Syrii i musisz opowiedzieć się po którejś ze stron. Wybieraj: albo karabin do ręki i pas z bombą pod ubranie albo poderżnę ci gardło. Allah Akbar!

- Coraz lepiej – prychną Bartek – dawaj ten karabin. W końcu poczuję się jak w grze.

Syryjczyk oddał mu broń. Pokazał co i jak i ruszyli do bazy.

Gdy szli chłopak testował broń. Zastrzelił dwa ptaki, które akurat przelatywały nad ich głowami, psa i dwa szczury. W ciasnej uliczce zatrzymał się, aby przełożyć magazynek. Żołnierz ISIS szedł dwa metry przed nim. Bartek przymierzył i odstrzelił mu głowę.

Znowu uciekał. Z karabinem w tym czasie i w tym kraju nie był widokiem niezwykłym. Trafił do centrum miasta. Nie wiedział co to za miasto i co to za zgromadzenie. Wszedł w sam środek tłumu, aby się czegoś dowiedzieć. Coś huknęło grzmotnęło i kilkadziesiąt ciał rozbryzgło  się naokoło. Samobójca wysadził się w powietrze.

Bartek zbudził się w szpitalu z zabandażowaną głową i lewą łydką. Nie ulegało wątpliwości gdzie się znalazł, nie wiedział tylko jak do tego doszło. Postanowił poczekać na pielęgniarkę i się dowiedzieć. Jednak zamiast niej, przy jego łóżku, pojawiło się dwóch żołnierzy. Szepnęli coś do siebie i zabrali go ze sobą. Wprowadzili do budynku oddalonego od szpitala o kilkadziesiąt metrów.

Tam czekał na nich człowiek w pomarańczowym kombinezonie i kominiarce. Ściany były czarne, z sufitu padało punktowe światło na środek podwyższenia, dopiero po chwili chłopak zorientował się, że na snop światła skierowana jest kamera.

Mężczyźni związali mu ręce i zmusili do uklęknięcia tuż pod żarówką. Za nim stanął pomarańczowy żołnierz z nożem w ręku.

- To właśnie robimy z naszymi wrogami – powiedział i przyłożył nóż do gardła chłopaka.

Gdy Bartek odzyskał przytomność znajdował się w samochodzie. Znowu nie pamiętał co się stało i jak doszło do tego, że jest w tym miejscu. Przez kilka minut wszyscy jechali w milczeniu. Potem jeden z współtowarzyszy chłopaka w łamanym angielskim opowiedział mu, że jest w samochodzie wolnej armii syryjskiej, która uratowała mu życie. Akurat wtedy, gdy miał przyłożony nóż do gardła armia zaatakowała jedną z baz wojska islamistów.

- Przewieziemy cię w bezpieczne miejsce, ale dalej musisz radzić sobie sam.

Tak Bartek trafił na granicę z Turcją. Tam szybko znalazł się w obozie dla uchodźców. Wtedy obudził się w nim prawdziwy Polak kombinator. Zaczął dowiadywać się co i jak. Szukać różnych możliwości powrotu do domu. Szybko nawiązał kontakt z przemytnikami. Nauczyli go sterować pontonem i dzięki temu mógł za darmo dopłynąć do Europy. Problem był jeden. Ponton był mały, a ludzi dużo. Wsiadło do niego 30 osób, za które chcąc nie chcąc Bartek został obarczony odpowiedzialnością.

- Nabieramy wody. Łapać za cokolwiek i wylewać – chłopak dyrygował kompanami podróży, greckie wyspy były na horyzoncie, ale w pontonie woda sięgała połowy łydek. Wszystkich opanowała panika. Wody ewidentnie przybywało.

Ostatnie metry do brzegu pokonali wpław i pieszo. Na plaży przejęli ich greccy wojskowi, pojawili się lekarze. Opatrzyli każdego i zakwaterowali w tymczasowym obozie.

- Za dwa trzy dni dostaniecie azyl i przewieziemy was na kontynent. Każdy dostanie się do Aten, a potem może ruszyć dalej.

- Bartosz Alasad, tak się nazywam, jestem z Polski, nie jestem uchodźcą, nie wiem jak się tam dostałem, nic nie pamiętam. - tłumaczył Bartek przed komisją azylową – chcę wrócić do swojej ojczyzny.

- Twoja ojczyzna nie przyjmuje uchodźców. Dobra, przewieziemy cię do Aten, tam cię dalej przesłuchają – poinformował chłopaka szef komisji – ale jak dla mnie jesteś bardziej podejrzany niż wszyscy inni, którzy tu dotarli. Jesteś Polakiem, nie wiesz, jak znalazłeś się w Syrii. Idealny z ciebie materiał na wojownika Państwa Islamskiego.

W przeludnionym pociągu do Niemiec Bartek rozmyślał nad tym, czego doświadczył. A im dłużej myślał tym mniej rozumiał. Postanowił dać sobie z tym spokój i po prosu postarać się zasnąć. Jednak gwar w przedziale mu na to nie pozwolił. Skupił się na twarzach osób, z którymi podróżował. W końcu zasnął.

Obudził się, gdy pasażer siedzący obok zaczął się przeciskać do wyjścia. Ruszył za nim. Wyszedł na peron.

- Heil Hitler! żołnierzu III Rzeszy natychmiast na plac, na zgromadzenie armii Hitlera. Wielki wódz będzie przemawiał.

 

Znowu się zaczęło – pomyślał chłopak i posłusznie ruszył za wojskowym.

Na placu stało kilkaset tysięcy żołnierzy. Wszyscy w zdyscyplinowanych rzędach, każdy jak wycięty z kartonu. Nikt nawet nie drgną. Bartka skierowali na jedną z ciężarówek stojących za żołnierzami by tam się przebrał w mundur SS. Dołączył do swojej kompanii, gdy w szpaler między poszczególnymi jednostkami wjechało auto, z którego pozdrawiał swoje wojsko sam Adolf Hitler.

- Noż kurwa, tego już za wiele – powiedział cicho Bartek i sięgnął do kabury – zastrzelę skurwysyna i zostanę bohaterem – niestety kabura chłopaka była pusta – to chuje, takie wojsko, a pistoletu mi nie dali.

Tymczasem Hitler dojechał już do podium przygotowanego do specjalnej przemowy.

- Żołnierze – wrzasnął Adolf H. - jutro zaczniemy wojnę. Zaatakujemy Polskę, potem inne kraje. Nasza nacja zdominuje, najpierw Europę, potem Afrykę, Azję i na końcu Amerykę. Niemcy muszą panować nad światem. To my jesteśmy przedstawicielami gatunku nadczłowieka. Nadludzie to my. Jutro zaczniemy oczyszczanie świata. Ze Słowian i Żydów zrobimy swoich służących, a tych którzy nie będą się do tego nadawać zlikwidujemy. Do boju!

- Heil! Heil! Hejl! - skandowali korni żołnierze – z tobą wodzu podbijemy świat, za ciebie nie boimy się umrzeć. Heil! Heil! Heil!

Tłum zaczął się rozrzedzać. Grupy żołnierzy wsiadały na ciężarówki i ruszały do wyznaczonych punktów. Za kilka godzin zacznie się wojna. Bartek trafił do pierwszej brygady szturmowej. To on jako jeden z pierwszych trafi do Polski. Trafi jako najeźdźca.

Ze swojego miejsca zajmowanego w aucie, którym jechał zauważył, że dotarli do Wielunia, a właściwie do ruin Wielunia. Niemieckie lotnictwo zniszczyło doszczętnie to miasto. Grypa Bartka miała je tylko dobić. Po wykonaniu rozkazu ruszyli dalej. W kolejnym mieście żołnierze podzielili się na małe grupy by je splądrować. Bartek szybko odłączył się od swojej. W opuszczonym i częściowo zniszczonym domu znalazł jakieś pasujące na niego ubranie. Przebrał się i zaczął uciekać. Pokonał kilka zagruzowanych ulic, gdy samoloty Luftwaffe zaczęły bombardowanie. Jedna z bomb trafiła w kamienicę, w której bramie Bartek chciał przeczekać nalot. Trafiony odłamkiem stracił przytomność.

- Zajeb mu jeszcze! mocniej przypierdol – Bartek powoli się budził, słyszał nad sobą jakieś głosy, poczuł, jak ktoś go kopie po żebrach. Ocknął się na dobre. Spróbował się odezwać, ale miał sucho w ustach i głos się nie wydobył. Udało mu się za drugim razem

jestem Polakiem, nie Niemcem, nie wiem kto mnie w to ubrał – grupa łysych na chwilę przestała go kopać – naprawdę jestem stąd – przekonywał chłopak.

Łysi postawili go na nogi.

- Skoro jesteś stąd, a chodzisz w tym hitlerowskim mundurze, to musi cię spotkać kara – powiedział do Bartka, najmniejszy z grupy łysych – Karo przytrzymaj go, a ja mu zajebię.

- To może lepiej puśćmy go nago przez miasto – zaproponował , wywołany Karo. I nie czekając na reakcję kolegów złapał chłopaka za ręce i wykręcił mu za plecami. Pozostali rozerwali mundur, który Bartek miał na sobie. Zostawili go w samych slipach, chociaż kilku z nich chciało ich chłopaka pozbawić. Karo rzucił go na trawę i kopnął. Łysi uciekli.

Bartek powoli się podniósł. Z zeszmaconych ubrań wybrał koszulkę i kalesony, które mogły uchodzić za dres. Ruszył w kierunku ulicy. Gdy do niej dotarł, wydała mu się dziwnie znajoma. Poszedł przed siebie. Po prawej ujrzał Biedronkę. Kilka metrów dalej osiedlę. Znowu znajome, jakby tam kiedyś był. Uszedł jeszcze kilkanaście kroków, i zaczął biec. Po lewej stronie zobaczył napisy na murze. Zatrzymał się i zaczął czytać.

- Kalisz bez Żydów, Jude Raus do gazu – pojawił się uśmiech na twarzy chłopaka – kurwa, w końcu u siebie. Kalisz mój kochany.

Przy rondzie Westerplatte stał kordon policji. Po drugiej stronie maszerowało kilka tysięcy skinów i narodowców. Bartek wsłuchał się w ich głosy. Potem zaczął powtarzać za nimi: Polska dla Polaków, Wielka Polska Katolicka.

- O nie, kurwa, na to zgody nie ma – Bartek ruszył w stronę manifestacji, ale zatrzymał go policjant – i wy im na to pozwalacie, tak wrzeszczeć. Takie hasła! To ma być, kurwa państwo prawa, gdzie naziści chodzą i legalnie krzyczą, co chcą i nikt nie reaguje. Co to, kurwa, jest?

 MH

 

© Na regale
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci